„Drogi Krsno,
uchroniłeś nas przed zatrutym ciastem, przed ogromnym pożarem,
przed ludożercami i przed występnym zgromadzeniem. Ratowałeś nas
w niedoli na wygnaniu w lesie i na polu bitwy, gdze walczyli wielcy
dowódcy. A teraz ocaliłeś nas od broni Aśvatthamy.”
Śrimad-Bhagawatam
1.8.24
Czy istnieje gdzieś na tym świecie człowiek całkowicie wolny od
jakichkolwiek kłopotów? Ktoś, kto mógłby powiedzieć, że nie ma
żadnych problemów, nic mu nie doskwiera? Ktoś, kogo nikt nigdy nie
uraził, nawet przypadkiem, ktoś, kto nigdy nie zapłakał, kogo
nigdy nie spotkał czyjś choćby najmniejszy gniew, ktoś, kto nie
utracił nigdy ukochanej osoby, nie pokłócił się z nikim, zawsze
dostał to, czego chciał, bo nikt mu nigdy nie odmówił? Nie.
Takiego człowieka nie ma na całym tym świecie.
Gaur Gopala Prabhu od tego rozpoczął swój poranny czwartkowy
wykład w świątyni ISKCON w Mysiadle. Podnosiliśmy ręce - czy
ktoś z was ma problemy ze zdrowiem? Czy ktoś z was ma problemy
finansowe? Czy ktoś ma problemyw relacjach? Ręce podnosiły się i
opadały, po czym znów się unosiły w górę. Każdy ma problemy.
Tak.
A czy komuś zdarza się zazdrościć, że inni mają lepiej? Ludzie
są pełni zazdrości. Zazdroszczą tego, że ktoś jest lepszym
mówą, że ktoś jest lepszym śpiewakiem, czy muzykiem na kirtanie,
że ktoś gotuje smaczniejsze prasadam... bhaktowie nie są wolni od
zazdrości. Zależnie od tego, w czym aspiruje dany Prabhu – tego
będzie z wielkim prawdopodobieństwem zazdrościł drugiemu.
Bhaktowie nie są wolni od tego uczucia, zadziwił się Gaur Gopal
Prabhu. Zdumienie budzi zazdrość i zawiść (uczucie i działanie)
obserwowane w świątyni – miejscu pełnym Boga, miejscu na wskroś
świętym, przepełnionym odpowiednią, czystą filozofią wedyjską,
Słowem Bożym. Bhaktowie po prostu nie są wolni od zazdrości. Że
ktoś inny jest w czymś lepszy i że ma w czymś w życiu lepiej.
Martwimy się problemami (kto się nie martwi?). Ale nie dostrzegamy
częstokroć jak problemy nagle stają się błogosławieństwem za
sprawą Pana. Prabhuji podał kilka przykładów, odwołując się do
cytowanej modlitwy – przykład dziesięcioletniego Bhimy, jednego z
Pandavów, pięciu synów Królowej Kunti, który poczęstowany
zatrutym ciastem zjadł je bez namysłu, ponieważ uwielbiał jeść
i jadł wszystko, co mu podano. Są też i tacy bhaktowie, Prabhuji
przywołał przykład bhakty, który w pewnej świątyni zjadał
najwięcej na posiłkach i jeszcze w nocy wstawał z łóżka, aby
jeść więcej prasadam. Nic dziwnego, Bhima lubił jeść, wielu
ludzi lubi jeść. Więc zjadł zatrute ciasto, a trucizna w nim
zawarta po jakimś czasie zaczęła działać i Bhima padł
nieprzytomny. Zazdrosny o niego Kaurava, sprawiciel trucizny, wrzucił
go wtedy do rzeki, przekonany, że pozbył się rywala raz na zawsze.
Bhimę spotkało nieszczęście, miał potworny problem, umierał.
Nie dość, że zażył truciznę, to jeszcze miał właśnie utopić
się w najgłębszym miejscu rzeki i umrzeć. Zdarzyło się jednak
inaczej – na samym dnie rzeki Bhimę pokąsały wodne węże,
których jad zadziałał jak odtrutka na pierwsza truciznę i Bhima
odzyskał przytomność. Ponieważ był niezwykle silny, pomimo
dziecięcego wieku, zrywał z siebie kąsające go węże i rozrzucał
je wokoło ze złością. Przysporzył nie lada kłopotów całej
wężowej ferajnie, w związku z czym jeden z oprawców udał się na
skargę do swojego pana – Varuny, który jest bogiem wód i
podwodnego prawa. Gdy ejdnak Varuna usłyszał o potężnie silnym
dziecku walczącym z wężami i okazało się, że to Bhima –
zamiast ukarać chłopca za jego czyny, Varuna serdecznie do
przywitał i ugościł niezwykłym nektarem, gdyż rodzina Śrimati Kunti Devi była bliska sercu Varuny. Nektar ofiarowany chłopcu przez władcę wód obdarzył go jeszcze większą siłą, równą sile dziesięciu
tysięcy słoni. Nie dość więc, że Bhima wcale nie umarł od
ofiarowanej mu trucizny, nie utonął w rzece, nie zabiły go węże,
to jeszcze wyszedł z całej tej historii nieporównywalnie
silniejszy niż był wcześniej. Jak to się stało? Ponieważ Bhima, tak
samo zresztą jak wszyscy jego bracia Pandavowie i ich matka Śri Kunti Devi,
był niezwykle czystą i pokorną duszą, oddaną całkowicie Lotosowym Stopom Pana Śri Krsny, znajdował się pod Jego nieustajacą protekcją. Został
ocalony za sprawą Najwyższego Pana.
Podobnie i w naszym życiu, w życiu każdej żywej istoty, nauczał
dalej Gaur Gopal Prabhu, jakiekolwiek nie spotykają nas kłopoty –
są one zamysłem Pana i w końcu przyniosą nam dobre rezultaty,
jeśli jesteśmy oddanymi wielbicielami Najwyższej Osoby. Prabhuji
podał również swój własny przykład – dwa razy poważnie
skręcił sobie kostkę w tym samym miejscu, przez co nie mógł
uczestniczyć w ważnych wydarzeniach, nie mógł w pe łni oddać
się służbie dla Pana Krsny. Dlaczego, słodki Krsno, dlaczego??
Przecież tylko chcę Ci służyć, nie chcę przecież nic dla
siebie, nie chce jechać na zabawę, lecz na służbę oddania Twoim
Lotosowym Stopom, dlaczego?? - myślał Prabhuji w rozpaczy. Po
czasie jednak, gdy lekarz drugi raz odlądał poważnie skręconą
kostkę i postanowił skierować Prabhuji na przeswietlenie –
okazało się, że to początek poważnej choroby kości. Początek,
jeszcze całkiem dobrze uleczalny. Prabhuji dziękował Najwyższemu
Panu, gdy tylko usłyszał diagnozę – gdyby nie Ty, nie
wiedziałbym, że moje ciało jest chore i choroba rozwinęłaby się
na dobre tak, że nie dałoby się jej już zatrzymać. Dziękuję Ci
Panie i składam Ci pokłony oddania!
Prabhuji podał również przykłąd rodzicy z Anglii, która
pragnęła popłynąć w rejs Titanikiem do Stanów Zjednoczonych i
na bilet wydała wszystkie oszczędności. Niestety tydzień przed
odpłynięciem statku jednego z synów pogryzł pies, który mógł
być nosicielem wścieklizny i w związkuz tym chłopiec musiał
przejść kwarantannę, nie mógł płynąć. Nie popłynęła
również oczywiście cała jego rodzina, ponieważ nie zostawiliby
samego chorego dziecka. Ojciec rodziny płakał, spoglądając na
kierujący się w morze ogromny Titanic i łkał „dlaczego, Boże,
dlaczego? Wydaliśmy wszystkie oszczędności....”. Oczywiście gdy
jednak dowiedział się, że statek zatonął niedługo po
wypłynięciu – nie posiadał się ze szczęścia i chciał bić
pokłony przed psem, który wcześniej pogryzł jego dziecko,
dziękując mu za to błogosławieństwo. Chciał bić pokłony przed
psem. Przykład nieszczęścia, które obróciło się w szczęście.
Tematem wszystkich wystąpień Prabhuji była zatem ochrona. Poprosił
o zapisanie na tablicy angielskiego słowa „protect”, czyli
ochrona. Każdą z liter w tym słowie planował w kolejnych
wykładach rozwinąć, opisując sposób, w jaki Pan Śri Krsna
ochrania swoich bhaktów z wszelkich nieszczęść. Nie
uczestniczyłam już w kolejnych wystąpieniach.
Dziękuję za ten wykład, Gaur Gopala Prabhu, dziekuję za twą
piękną służbę i oddaję ci pokłony!
Intensywnie przeżywałam każde wypowiedziane słowo, chłonęłam i
rozmyślałam nad nimi wszystkimi. Jestem akurat dość świeżo po
lekturze modlitw Królowej Kunti i dlatego temat jest wciąż we mnie
żywy. Rozważałam i przypominałam się słowa Śrila Prabhupady
(ki Jay!) zawarte w wyjaśnieniach poszczególnych ślok. Układałam
w głowie poznane elementy układanki. Okazało się, że miałam w
głowie pamięć odmiennego wyjaśnienia Nauk Śrimati Kunti Devi.
Przypominałam sobie coraz wyraźniej (najwyraźniej już dopiero po
opuszczeniu świątyni, w związkuz czym nie zadałam żadnego
pytania, zresztą też nieszczególnie do tego zapraszano i chyba nie
było już czasu na dyskusję) zapoznany wcześniej sens całej
modlitwy tej wspaniałej, mądrej, pełnej blasku kobiety, w całości
oddanej Lotosowym Stopom Pana, w najwyższej i najczystszej miłości.
I był on inny od tego przedstawionego przez Prabhuji podczas
czwartkowego wykładu.
Królowa Kunti ofiarowała swą przepiękną i wzruszającą modlitwę
Panu Krsnie, Bogu Najwyższej Osobie, a jednocześnie swojemu
bratankowi, w momencie, gdy właśnie zakończyła się największa
w historii dziejów tego świata bitwa na Kuruksetrze. Zginęli w tej
bitwie wszyscy – z wyjątkiem Pandavów. Wojna się skończyła,
demony zostały doszczętnie zgładzone, zapanował pokój i
harmonia, długo oczekiwany spokój i szczęście. Relacje między
ludźmi zostały oczyszczone z demonicznych brudów i zła. Trudno
wyobrazić sobie bardziej pomyślną sytuację, bardziej oczekiwane
zakończenie nieszczęść i problemów, lepszy stan dla wszystkich
ludzi. A jednak Królowa Kunti zwróciła się do Pana Krsny w
rozpaczy i trwodze ze swoją gorącą modlitwą. Dlaczego?
Wydawcy Bhaktivedanta Book Trust do wydania książki „Nauki
Królowej Kunti” z 1997r. piszą: „Błagalne słowa Kunti nie
powinny doprowadzić nas do błędnego wniosku, że jej modlitwa była
interesowna. Mimo doznanych cierpień królowa bynajmniej nie prosi o
ulgę. Wprost przeciwnie, prosi o dalsze cierpienia w przekonaniu, że
zwiększą one jej oddanie dla Pana i ostatecznie przyniosą jej
wyzwolenie.” i przytaczają słowa kolejnej śloki z modlitwy
Śrimati Kunti Devi:
„[...] Chciałabym, aby wszystkie te nieszczęścia zdarzały się
raz po raz, tak byśmy mogli wciąż Cię oglądać. Oglądanie
Ciebie znaczy bowiem, że nie doświadczymy już więcej narodzin i
śmierci.” (Bhag. 1.8.25)
I rzeczywiście, w wyjaśnieniu tej śloki, w tekście cytowanej
powyżej książki Śrila Prabhupada tłumaczy nam:
„Toteż Kunti mówi: Vipadah santu. 'Nie mam nic przeciwko
nieszczęściom'. Vipadah santu tah śaśvat. 'Mogą spadać
na mnie ciągle”. Ponieważ wie, jak pamiętać Krsnę w obliczu
niebezpieczeństw, wita je z radością. 'Drogi Panie, cieszę się,
gdy spotykają mnie niebezpieczeństwa, ponieważ wtedy mogę o Tobie
pamiętać.' Również Prahlada, prześladowany przez ojca, zawsze
myślał o Krsnie. Jeśli niebezpieczeństwo pomaga nam pamiętać o
Krsnie, to możemy się z tego tylko cieszyć.” (Nauki Królowej
Kunti, Śri Śrimad A.C. Bhaktivedanta Swami Prabhupada, The
Baktivedata Book Trust International Inc., str. 52)
Jakie zatem było znaczenie słów Śrimati Kunti Devi? Czy Królowa
Kunti dziękowała Panu za pomyślny obrót sytuacji? Za uratowanie
Bhimy od zatrutego ciasta, za tajemne wyprowadzenie rodziny z
płonącego domu i za ratunek przed straszliwą bronią półbogów?
Z pewnością tak. Z pewnością w słowach swojej modlitwy, z
ogromnej miłości, jaką darzyła Najwyższego Pana, wyrażała dla
Niego swą najwyższą wdzięczność za pomyślny obrót spraw. Czy
jednak chciała tak naprawdę, aby właśnie ten pomyślny obrót
spraw utrzymał się na dobre? Nie chciała, co wyraziła w kolejnych
słowach modlitwy: „Chciałabym, aby wszystkie te nieszczęścia
zdarzały się raz po raz [...]”. Królowa Kunti tak naprawdę
rozpaczała, ponieważ jej rodzinie przestało grozić
niebezpieczeństwo!
Jakby spojrzeć na oba rody, których wzajemne relacje doprowadził
milionowe wojska na pola Kuruksetry, by stoczyły krwawą bitwę –
na Pandavów i Kauravów – to którym z nich wiodło się pomyślniej? Który
ród cieszył się większym szczęściem i święcił tryumfy we
wspólnie doświadczanych sytuacjach? Kauravowie mieli wszystko.
Wygrali wszystkie bogactwa Pandavów w grze w kości (łącznie ze
śliczną, wierną i oddaną wielbicielką Pana Krsny i wspaniałą
żoną pięciu braci – Draupadi, którą dodatkowo ośmielili się
obnażyć w obecności wielu mężczyzn, co ze swojej bezprzyczynowej
łaski, na błagalne wołanie kobiety, Pan Krsna udaremnił, zsyłając
z nieba niekończące się sari, niemożliwe do zdjęcia), wygnali
Pandavów na dwanaście lat do lasu, po czym jeszcze zesłali na rok życia w
ukryciu i zagrozili im użyciem najbardziej śmiercionośnej broni
półbogów, by zgładzić całą ich rodzinę. Sami nie doznawali żadnego uszczerbku, nie ponosili
żadnej kary, dręczyli Pandavów w coraz bardziej wymyślny sposób,
a na bhaktów spadały jedno po drugim same nieszczęścia. Kauravom
wiodło się zdecydowanie lepiej. Jedynym, co przysparzało im zmartwień
była ich własna zazdrość, zawiść, gniew i frustracja. Pod względem materialnym mieli w swym życiu wszystko – władali wielkim i wspaniałym
królestwem (choć należało się ono tak naprawdę Pandavom!), mieli w
swym posiadaniu nieprzebrane bogactwa, których nikt nie ośmielił
się im odebrać, a Pandavowie poddawali się bez najmniejszego
oporu ich wszystkim uciskom. Spotykała ich zatem wszelka możliwa
pomyślność. Nie mieli problemów. Czy mogli się jednak z tego
powodu cieszyć? Nie. Kauravowie nie cieszyli się ze swojej
pomyślności i pomimo braku jakichkolwiek racjonalnych powodów do
zmartwień – byli oni ludźmi głęboko nieszczęśliwymi, a ich serca
drążył nieustający gniew i niepokój.
Śrimati Kunti Devi modli się więc o problemy. Pragnie problemów,
nieszczęść, kłopotów, ponieważ szczęśliwe, niezwykle
pomyślne dla jej rodziny zakończenie bitwy na Kuruksetrze
dostarczyło jej paradoksalnie największego możliwego zmartwienia i sparaliżowało ją strachem. Pan Krsna opuszczał Hastinapur na dobre. Pandavowie nie
potrzebowali już jego protekcji, w królestwie zapanowały ład i
porządek. Spokój i harmonia oznaczały więc niechybną rozłąkę
z Najwyższym Panem, a była ona tym, czego Królowa Kunti obawiała się sto
razy bardziej niż największej na świecie bitwy, płonącego domu,
czy zatrutego ciasta. Rozłąka z Panem Krsną (choć występował on
przed Śrimati Kunti Devi jako jej bratanek, to Królowa bardzo dobrze
wiedziała, kim naprawdę jest i składała Mu pokłony) była czymś,
o czym wspaniała, oddana wielbicielka, czysty bhakta, nie mogła
nawet przez chwilę pomyśleć i czego nie mogła znieść. W
rozpaczy ofiarowała Lotosowym Stopom Pana swą błagalną modlitwę,
której sensem jest to, aby w swej bezprzyczynowej miłości i
łaskawości nigdy, choć na chwilę nie opuszczał jej serca, gdyby
bowiem tak się stało – istnieje wielkie zagrożenie, że na zawsze pozostanie ona uwikłana w
błędne koło narodzin i śmierci. A jest to najstraszliwszą
perspektywą dla zaawansowanego transcendentalisty, dla czystego
bhakty Pana. Perspektywa ta nie może być w żaden sposób
porównywalna z możliwością poniesienia materialnej śmierci nawet
w najbardziej wyrafinowanych i okrutnych okolicznościach, ponieważ
wtedy umiera ciało. Dusza zaś jest nieśmiertelna, więc nie rodzi
się i nie umiera nigdy. Może ona jedynie osiągnąć błogosławioną
czystość i powrócić do swej jedynej właściwej pozycji służby
oddania i miłości dla Najwyższego Pana, wtedy zaś będzie
przebywać wraz z Nim w wiecznym szczęściu na najwyższej planecie
świata duchowego – Goloce Vrindavanie lub może pozostać uwarunkowana
przez energię materialną i staczać się po raz kolejny i kolejny w najstraszliwsze
otchłanie najniższych planet piekielnych, by ponownie wspinać się
mozolnie, przez 8 400 000 ciał po drabinie samorealizacji, by
finalnie, być może, wreszcie osiągnąć jeszcze jedną szansę wyzwolenie.
Szczęście i pomyślność materialne mogą więc być jednym z
największych niebezpieczeństw dla uwarunkowanej duszy, ponieważ ma
ona wtedy tendencję zapominać o Najwyższym Panu i cieszyć się
swym dobrym „losem”. Dlatego też sensem modlitw Królowej Kunti
nie jest to, że Pan Śri Krsna łaskawie chroni nas od złego i
należą Mu się dzięki lub należy o to prosić Go w swoich
modlitwach. Sensem modlitw Śrimati Kunti Devi jest wykorzystanie
każdej sytuacji, jaka by ona nie była, zła, czy dobra, do
utrzymywania swego umysłu cały czas wyłącznie w skupieniu na Najwyższej Osobie Boga, Panu Śri Krsnie.
Ponieważ tylko Jego obecność w naszych myślach i pamięci może
uchronić nas od kolejnych materialnych narodzin i dalszej wędrówki po materialnych ciałach, osnuwających uwarunkowane dusze cieniem
ignorancji i zapomnienia. Prawdziwy problem każdego z nas jest
zatem tylko jeden, powodowany przez zewnętrzną energię
materialną – a jest to nasze uwarunkowanie. Problemy zsyłane nam w trakcie życia ludzkiego na prawach
natury przez Najwyższego Pana są natomiast nie lada
błogosławieństwem, które daje duszom szansę, aby otrząsnąć się z cienia
materialnej iluzji i o to właśnie powinniśmy się modlić,
przykładem wspaniałej, mądrej i przepełnionej transcendentalną
miłością do Najwyższego Pana, Królowej Kunti.
All Glories to Śrila Prabhupad!
Hare Krsna!
All Glories to Śrila Prabhupad!
Hare Krsna!

